- Słucham.- Powiedział ziewając. Spojrzałem na zegarek i pokręciłem z niedowierzaniem głową. Była niemal dziesiąta a on dalej śpi.
- Cześć Golan tu Gregory pamiętasz, że umówiliśmy się na ściankę wspinaczkową?- Zapytałem otwierając kalendarzyk.
- Na serio? O której godzinie?
- Z tego co mam zapisane to za pół godziny powinniśmy wchodzić.- Powiedziałem i odsunąłem telefon od ucha. Mimo to dość wyraźnie usłyszałem wiązkę soczystych przekleństw pod bliżej nieokreślonym adresem. Zapamiętać: "Kupić Golanowi budzik ustawiony na 7 rano". Kiedy najwyraźniej wyczerpał mu się wachlarz niecenzuralnych słów z telefonu dobyła się cisza.
- Będę za 10 minut.- Powiedziałem i rozłączyłem się. Ustawiłem stoper na 10 minut i wyszedłem z domu. Skierowałem się do garażu i wyprowadziłem samochód. Wrzuciłem sprzęt do wspinaczki do bagażnika i wyjechałem na drogę. Dwie minuty później byłem przed kawiarnią gdzie Golan zazwyczaj kupował śniadanie kiedy nie mógł zjeść w domu. Wszedłem do środka i zamówiłem trzy croissanty, dżem truskawkowy i kawę. Chwilę później byłem już przed domem Golana.
- Dziewięć minut i pięćdziesiąt sekund.- Powiedział mężczyzna zbiegając ze schodów. Wrzucił swój sprzęt do bagażnika i usiadł obok mnie. Podałem mu śniadanie i czekałem na reakcję.
- Dzięki Gregory. Gdyby nie to że jesteś facetem to bym się z tobą ożenił.- Stwierdził śmiejąc się.
- Do usług.- Stwierdziłem i skręciłem w drogę do centrum wspinaczkowego. Kilka minut później przygotowywaliśmy się do wejścia na ściankę.
- Wspinasz się ze mną czy asekurujesz?
- Bez asekuracji Cię nie puszczę.- Stwierdził i złapał linę.
- Popilnujesz mi telefonu?- Zapytałem podając mu komórkę.
- Jasne.- Odparł i włożył urządzenie do kieszeni.
- Gotowy?- Zapytałem stawiając nogę na pierwszym bolcu. Golan kiwnął głową i napiął linę. Kilkanaście minut później byłem już na wysokości dziesięciu metrów. Nagle z dołu dobiegł mnie dzwonek z mojego telefonu.
- Odbierz!- Krzyknąłem i zacząłem wspinać się dalej.
- Słucham. Tak. Nie. Zaraz podam.- Głos tancerza ucichł po czym rozbrzmiał dużo głośniej.
- Gregory złaź bo masz telefon z domu dziecka.- Krzyknął i przyłożył telefon do ucha.
- Zaraz zejdzie. Jakieś dziesięć metrów nade mną. Nie. Na ściance wspinaczkowej.- Golan gawędził sobie w najlepsze tymczasem gdy ja usiłowałem w miarę szybko znaleźć się na dole. W końcu się udało i odebrałem koledze telefon.
- Słucham?
- Czy mam przyjemność z panem Gregory'm Éric'iem Deck'iem?
- Tak o co chodzi?
- Pański wniosek adopcyjny został rozpatrzony pozytywnie. Na dzień dzisiejszy zostało przewidziane spotkanie z dyrektor domu dziecka i potencjalnym kandydatem do adopcji. Kiedy mógłby pan zgłosić się do siedziby w Paryżu?
- Za jakieś półtora godziny.- Stwierdziłem po chwili namysłu.
- Oczywiście. Życzę miłego dnia i do zobaczenia.- Kobieta rozłączyła się a ja zacząłem pakować rzeczy.
- Co jest?- Zapytał Golan.
- Chyba zdecydowali się pozwolić mi na adopcję.- Powiedziałem i skierowałem się w stronę samochodu. Kilka minut później wysadziłem Golana przed jego domem.
- To powodzenia.- Powiedział.
- Dzięki. Próba o 16.00 się zaczyna?
- O 20.00 ale wszyscy będziemy o 16.00.- Powiedział i poszedł do domu. Kilka minut potem byłem już pod prysznicem. Ubrałem garnitur i wziąłem teczkę z papierami. Wsiadłem do samochodu i udałem się w drogę do Paryża. W budynku domu dziecka byłem 10 minut przed czasem.
- Pan Deck?- Zapytała dyrektorka kiedy wyszła z gabinetu.
- Tak. Miło mi poznać.- Powiedziałem.
- Zapraszam.- Odparła kobieta i weszła do gabinetu a ja za nią.
- Proszę usiąść.- Powiedziała po czym wskazała na krzesło ustawione przed biurkiem. Usiadłem i postawiłem teczkę na podłodze.
- Jak został pan już poinformowany pański wniosek adopcyjny został rozpatrzony pozytywnie. Z wypełnionego przez pana formularza adopcyjnego wynika, że chciałby pan adoptować starsze dziecko. Nie często się to zdarza. Jest pan tego pewien?
- Jak najbardziej.- Oświadczyłem bez namysłu. Myślałem o tym już wielokrotnie wcześniej i byłem tej decyzji pewien.
- Dobrze. Więc mamy w naszym ośrodku chłopca, który bardzo wiele przeżył. Ma dość duże trudności w nauce więc potrzebny mu jest dom...
- Ma pani jego jakieś wypracowanie?- Zapytałem. Dyrektorka spojrzała na mnie miotając oczyma gromy. Po chwili jednak zaczęła grzebać w papierach i podała mi wypracowanie.
- Proszę ale nie wiem po co to panu.- Stwierdziła. Przebiegłem wzrokiem kartkę i jej kilka następnych stron. Wypracowanie było dobre, co prawda zdarzały się błędy ale nie były dramatyczne. Przypominało mi moje wypracowania. Oddałem kartkę kobiecie i uśmiechnąłem się.
- Jakie są jego zainteresowania?
- Lubi zwierzęta, czyta książki ale nie ma na to zbyt dużo czasu bo bardzo często pomaga innym. Jest też zafascynowany musicalem.- Powiedziała dyrektorka.
- Byłaby możliwość przeprowadzenia adopcji dzisiaj?- Zapytałem z nadzieją. Chłopak był naprawdę zdolny. Potrzebował tylko pomocy a tej nikt mu tu nie udzieli.
- Papiery są przygotowane tylko Edward musi się zgodzić.- Powiedziała. Kiwnąłem głową w odpowiedzi a chwilę potem ktoś zapukał do drzwi.
- Można?- W drzwiach pojawił się chłopak na oko 15 letni, może trochę starszy.
- O Edward jak miło Cię widzieć. Właśnie miałam po ciebie kogoś wysłać.
-O co chodzi? W szkole przecież w miarę dobrze mi idzie.- Stwierdził wchodząc do gabinetu.
- Nie chodzi o szkołę. Usiądź.- Powiedziała kobieta a chłopak usiadł na krześle obok mnie.
- Pamiętasz jak przebiega procedura adopcyjna?
- Tak.- Mruknął chłopak zwieszając głową. Czyżby tyle razy go już adoptowali a potem i tak tu wracał?
- Jest chętny do zaadoptowania Cię.- Powiedziała kobieta a w oczach chłopaka pojawił się promyk zainteresowania ale po chwilki zgasł.
- Pewnie znowu jakieś stare małżeństwo.- Stwierdził.
- Chyba muszę Cię poprawić. Raczej nie stare i nie małżeństwo.
- A kto?
- Ja.- Odparłem posyłając mu przyjacielski uśmiech.
- Pan?
- Tak.
- Ma pan żonę?
- Nie.
- A dziewczynę?
- Też nie.- Odparłem spoglądając na Edwarda.
- To niech pan sobie znajdzie i będziecie mieli własne dziecko a nie chce pan adoptować takiego starego konia jak ja.
- Starego ale bardzo zdolnego. "Rodzina to skarb, którym każdy się szczyci. Nie ważne że jeden z braci był zdrajcą". Cytat z twojego wypracowania na temat Antygony. Drugi akapit, dwudziesta czwarta linijka, rodzina to czwarty wyraz z lewej, w każdej linijce jest po 10 wyrazów.- Powiedziałem i uśmiechnąłem się. Dyrektorce opadła szczęka podobnie jak chłopakowi.
- Skąd pan wie?
- Policzyłem w wypracowaniu.
- Miał je pan tylko kilka minut. Nie zdążył by pan.- Stwierdziła dyrektorka.
- Pisałem identyczne.- Odparłem. Chłopakowi oczy wyszły z orbit. Nagle zadzwonił mój telefon.
- Przepraszam na chwilę.- Powiedziałem i miałem zamiar wyjść na korytarz.
- Niech pan nie wychodzi.- Zakomenderowała dyrektorka.
- Lola nie mam czasu.- Powiedziałem i rozłączyłem się. Chwilę potem zadzwonił Julien. Powiedziałem to samo. Po chwili zdzwonił telefon, tym razem odezwał się dzwonek przypisany do Golana.
- Golan nie mam czasu.- Warknąłem. w słuchawce nie odezwał się jednak głos Golana tylko Anais.
- Cześć Gregory.
- Anais? Czemu dzwonisz z telefonu Golana?
- Pewien jesteś że z Golana?- Zapytała. Spojrzałem na ekran i rzeczywiście był to jej numer. Muszę zmienić hasło bo lubią mi zmieniać dzwonki.
- Dobra mów szybko co się stało.
- Z Ginie coś jest nie tak. Musisz z nią pogadać.
- Dlaczego ja?
- Bo masz z nią najlepszy kontakt. Liczę na Ciebie.- Stwierdziła i rozłączyła się. Westchnąłem i wróciłem do biurka.
- Problemy zawodowe.- Stwierdziłem.
- No więc skoro raczej pana nie odwiodę od tego pomysłu mogę wiedzieć kto chce mnie zaadoptować?- Zapytał Edward. Wyciągnąłem dowód i podałem mu go.
- Gregory Éric Deck? Ten Deck? Znaczy się ten grający Sorci'ego?
- Ten sam. Wiem bez charakteryzacji średnio podobny.- Stwierdziłem śmiejąc się. Jestem teraz głównie kojarzony przez moją postać.
- Nie wierzę. Największy po Don Juan'ie kobieciarz sceny ma problem z kobietami?
- To tylko Sorci, nie ja. Ale ma to większy sens, nie każdy to dostrzega.- Zaśmiałem się. Chłopak był świetny.
- Zgadzam się.- Powiedział po chwili.
- Na adopcję?- Zapytała dyrektorka.
- Tak.
- To co? Załatwiamy formalności i możemy jechać do domu?- Zapytałem nieco zniecierpliwiony. Próba zaczyna się za dwie godziny a ja muszę się jeszcze przebrać.
- Oczywiście. Edward idź się spakuj a pan Deck złoży kilka podpisów.- Powiedziała dyrektorka a chłopak kiwnął głową i wybiegł w podskokach.
- No więc proszę po podpisywać w wyznaczonych miejscach.- Powiedziała dyrektorka podając mi plik papierów. Wyjąłem pióro i zacząłem składać podpisy. Zajęło mi to kilka minut.
- Gratuluję. Właśnie stał się pan ojcem adopcyjnym Edwarda. Chodźmy po niego.- Powiedziała kobieta prowadząc mnie do pokoju, który Edward dzielił jeszcze z kilkoma osobami.
- Gotowy?- Zapytałem wchodząc do środka. Edward był spakowany i przebrany.
- Tak.- Powiedział biorąc torby.
- Wezmę je.- Stwierdziłem podchodząc do niego.
- Mogę się iść pożegnać?- Zapytał. Kiwnąłem głową i wziąłem torby. Nie było ich jakoś specjalnie dużo. Chłopak pobiegł korytarzem kiedy ja zanosiłem jego bagaże do samochodu. Na podwórku zgromadziło się mnóstwo dzieci. Starsze patrzyły na tą scenę wzrokiem mówiącym "Znowu jakiś maluch znalazł dom". Było mi ich żal. Jednak kiedy odwróciłem się w stronę drzwi, twarzą do wszystkich spojrzenia momentalnie się zmieniły. Teraz wyrażały zdziwienie. Spomiędzy szmeru, który przeszedł między dziećmi udało mi się dosłyszeć: "Czy to nie on gra Sorci'ego w tym musicalu, na który zabrała nas dyrektorka?" Po chwili wraz z dyrektorką pojawił się Edward. Znowu zdziwienie. Edward podszedł do mnie.
- Gotowy?- Zapytałem a on kiwnął w odpowiedzi głową. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Bagnolet.
- Pojedziemy do domu, jak będziesz chciał się przebrać to proszę bo ja na pewno muszę to zrobić a potem pojedziesz ze mną na próbę. Zgoda?
- Weźmie mnie pan na próbę?
- Tak. Tylko mam prośbę nie mów do mnie pan bo czuję się staro.- Powiedziałem skręcając w wjazd na autostradę.
- Zgoda. A co na tej próbie będę robił? I jak długo potrwa?
- Próby zazwyczaj trwają osiem godzin. Tobie zawsze coś wymyślą. Jak się spodobasz może dostaniesz rolę.- Stwierdziłem.
- Lubisz śpiewać?
- Bardzo. Od kiedy zobaczyłem Cię na scenie jesteś moim idolem... Tato.- Powiedział chłopak lekko skrępowany. Uśmiechnąłem się lekko.
- Miło mi to słyszeć.- Powiedziałem. Nagle zadzwonił telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Ginie.
- Ginie co jest?- Zapytałem zmieszany. Anais mówiła że coś jest nie tak i chyba tak jest w istocie bo z słuchawki dochodził cichy szloch.
- Gregory mógłbyś do mnie podjechać?- Zapytała urywając.
- Jasne coś się stało?- Zapytałem ale ona już nie odpowiedziała tylko rozłączyła się.
- Chyba musimy zmienić nieco plany.- Powiedziałem i docisnąłem pedał gazu. Kilkanaście minut później byliśmy już pod domem Ginie.
- Zostań tutaj dobra?- Powiedziałem do Edwarda, który kiwnął głową. Wbiegłem do domu Ginie i szukając jej po wszystkich pokojach. Siedziała zapłakana w salonie. Podszedłem do niej i usiadłem obok. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem.
- Co się stało?- Zapytałem cicho. Przez chwilę było słychać tylko szloch.
- Moja matka...- Zaczęła ale nie mogła skończyć. Reszty się domyśliłem. Jej matka była chora na jakąś poważna chorobę.
- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.- Szeptałem jej nad uchem. Po chwili uspokoiła się.
- Pojedziemy do niej.- Zaproponowałem.
- Dobrze. Jest w szpitalu w Bagnolet.- Powiedziała Ginie.
- Nie powinnaś przez kilka dni siedzieć sama w domu. Spakuj się przenocujesz przez kilka dni u mnie.- Powiedziałem. Ginie kiwnęła głową i poszła do siebie. Wyszedłem z domu i podszedłem do samochodu.
- Edward przesiądź się do tyłu. Jedziemy do szpitala.
- Coś się stało?
- Coś z matką Ginie. Nie mogę jej zostawić z tym samej.- Powiedziałem. Chłopak kiwnął głową i przesiadł się. Wróciłem do domu i zastukałem do drzwi pokoju Ginie.
- Wejdź.- Powiedziała po chwili. Wszedłem do pokoju i zobaczyłem kobietę siedzącą na łóżku z czymś co wyglądało jak album.
- Siadaj. Pamiętasz to?- Zapytała wskazując na jedno zdjęć. Usiadłem obok niej i przyjrzałem się zdjęciu. Uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową. Zdjęcie to zrobił Golan dwa lata temu. Przedstawiały początki kariery tanecznej mojej i Ginie. Był to jeden z śmieszniejszych momentów bo wyglądało to mniej więcej tak: Ćwiczyliśmy wspólny taniec do jakiegoś utworu (potem w ogóle wykasowali go ze scenariusza), ale zbyt dobrze nam nie szło. W momencie robienia zdjęcia ja leżałem przewrócony na scenie a Ginie na mnie. Wyglądało to co najmniej zabawnie.
- A pamiętasz to?- Zapytałem wskazując na jedno z kolejnych zdjęć. Ginie kiwnęła głową śmiejąc się. Autorem tego zdjęcia również był Golan, który bez przerwy biega wszędzie z aparatem. Tym razem mamy tu scenę pocałunku mojego i Ginie, który był co najmniej przypadkowy bo zostaliśmy na siebie wepchnięci. Wtedy nie było nam do śmiechu (w szczególności że przez następny miesiąc byliśmy tematem wszystkich plotek) jednak z perspektywy czasu były to śmieszne zajścia.
- No trzeba się zbierać bo Edward mi tam zaraz korzenie zapuści.- Powiedziałem biorąc torbę Ginie.
- Edward?
- Mówiłem Ci, że składałem wniosek adopcyjny. Rozpatrzyli go pozytywnie i dzisiaj zabrałem do domu Edwarda.
- Przepraszam popsułam wam dzień.
- Nie no coś ty.- Powiedziałem i objąłem ją ramieniem. Wyszliśmy z domu i włożyłem jej torbę do bagażnika. Usiadłem na miejscu kierowcy.
- Jedziemy do szpitala?- Upewniłem się. Ginie kiwnęła głową. Wyjechałem z posiadłości kobiety i skierowałem samochód w stronę szpitala. Kilka minut później byliśmy na miejscu. Wszyscy wysiedliśmy z auta i poszliśmy do rejestracji.
- Mógłbym dowiedzieć się gdzie leży pani Liliane Line?
- Kim pan jest dla pacjentki?- Zapytała recepcjonistka. Nie wiedziałem co powiedzieć, bo przecież nie wpuszczą mnie tam jako przyjaciela jej córki albo syna znajomej. Z ratunkiem przyszła mi Ginie mówiąc coś co bardzo mnie zaskoczyło.
- Przyszłym zięciem.- Powiedziała i złapała mnie za dłoń.
- Oczywiście. Pani Line leży pod numerem 26. Lekarzem prowadzącym jest doktor Edmund Klich.
- Dziękujemy bardzo. Edward chodź.- Powiedziałem i poszliśmy całą trójką do pokoju 26. Mieliśmy duże szczęście bo doktor właśnie z niego wychodził.
- Panie doktorze co z moją matką?- Zapytała Ginie lekko rozedrganym głosem.
- Nie będę pani okłamywał. Pani Line musi przejść poważną operację. Kłopot w tym że ma bardzo rzadką grupę krwi.
- 0Rh- Ja mam 0Rh+- Powiedziała Ginie.
- Tak a podczas zabiegu musimy jej podać minimum litr krwi. Niestety nie mamy odpowiedniej ilości. Potrzebny jest dawca i to w tempie ekspresowym.- Stwierdził lekarz.
- Nikt się tak szybko nie zgłosi.- Stwierdziła kobieta siadając na krześle.
- Spokojnie...- Powiedziałem siadając obok.
- Chwila ja mam grupę krwi 0Rh-. Mógłbym zostać dawcą?- Zapytałem. Miałem nadzieję że odpowiedź będzie twierdząca.
- Tak ale dopiero jutro. Niestety i tak będzie brakować około pół litra.- Stwierdził mężczyzna.
- Czy ja też mógłbym zostać dawcą? Mam taką samą grupę.- Powiedział Edward.
- W innej sytuacji nie zgodziłbym się na to jednak teraz wygląda że to jedyne wyjście.- Powiedział lekarz. Ginie uśmiechnęła się z niedowierzaniem.
- Czy moglibyśmy do niej wejść?
- Tak ale tylko maksymalnie dwie osoby i nie za długo. Zabieg wykonamy prawdopodobnie za tydzień. Panowie możecie być z siebie dumni. Dzięki wam możemy przeprowadzić zabieg ratujący życie.- Powiedział mężczyzna i poszedł w stronę schodów.
- Wy idźcie. Ja sobie posiedzę.- Powiedział Edward. Weszliśmy z Ginie do pokoju. Pani Line nie wyglądała najlepiej.
- Mamo jak się czujesz?
- Nie najgorzej i nie najlepiej. O Gregory jak miło Cię widzieć.- Powiedziała kiedy mnie zobaczyła.
- Dzień dobry.
- Mamo wiesz o zabiegu?
- Tak ale powiedzieli że nie zrobią go dopóki nie dostaną odpowiedniej ilości krwi.
- Właśnie w tym rzecz. Planują zabieg na za tydzień. Gregory i chłopiec, którego adoptował zgłosili się na dawców.
- To świetnie. Teraz za bardzo nie mam jak podziękować ale kiedy mnie stąd wypuszczą to zapraszam was na kolacje.
- Oczywiście.- Odparłem z uśmiechem. Nagle do sali wszedł lekarz.
- Musimy wziąć panią na badania.- Powiedział i wyprosił nas.
- Chodźmy. Ginie dasz radę iść na próbę?- Zapytałem obejmując ją ramieniem.
- Jasne teraz już tak.- Stwierdziła. Kiwnąłem głową i spojrzałem w lusterko. No pięknie dalej miałem na sobie garnitur.
- Chyba po drodze musimy wstąpić do mnie. Muszę się przebrać.- Stwierdziłem. Ginie i Edward zgodnie zachichotali. Pojechaliśmy do mojego domu gdzie wypakowałem torby Edwarda i Ginie. Pobiegłem do siebie i jak najszybciej się dało przebrałem się w coś wygodniejszego od garnituru. Chwilę potem wróciłem do samochodu. Chwilę potem byliśmy już przed budynkiem teatru.
- Gregory wiesz, że spóźniłeś się pół godziny?- Zapytał Golan wychodząc z budynku.
- Wiem ale miałem ku temu powody.- Odparłem podając dłoń Ginie. Golan wytrzeszczył oczy.
- Dobra chciałbym ci kogoś przedstawić.- Powiedziałem kiwając na Edwarda dłonią aby podszedł.
- Golan to jest Edward, mój syn, Edwardzie to jest Golan.- Przedstawiłem ich sobie.
- Cześć młody.- Powiedział Golan podając mu dłoń. Super za kumplowali się już.
- Dobra chodźcie bo się złoszczą.- Powiedział Golan śmiejąc się. Weszliśmy do budynku i od razu rozpoczęliśmy próby. Zanim jednak się to stało postanowiłem przedstawić wszystkim Edwarda.
- Słuchajcie chciałbym wam kogoś przedstawić.- Powiedziałem a Edward stanął obok mnie.
- To jest Edward, mój syn. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć mi za złe tego, że będzie wpadał na nasze próby.- Powiedziałem.
- No co ty Gregory. Młody dzisiaj dołączy do naszej rodziny to o co mamy się gniewać.- Powiedziała Anais śmiejąc się. Chwilę potem była już koło nas.
- No dobra Edwardzie mam dla Ciebie zadanie.- Powiedziała podając mu kartkę z tekstem.
- Zaprezentuj nam swój głos.- Powiedziała i pociągnęła mnie w stronę widowni.
- Wybacz ona już tak ma...- Szepnąłem do syna za co oberwałem w ucho. Chwilę potem siedziałem już na widowni mając z jednej strony Anais a z drugiej Aymeric'a. Edward zaczął śpiewać. Kiedy już skończył na sali rozległy się brawa.
- Młody ma talent.- Stwierdziła Anais.
- Dobra to teraz robimy cześć właściwą próby.- Zakomenderowała Anais i wszyscy rozbiegli się na swoje miejsca. Próbę skończyliśmy dużo przed czasem bo nikomu już się nie chciało tańczyć czy też śpiewać przez kolejne cztery godziny.
- Dobra słuchajcie ostatnia piosenka. Gregory, Lola, Ginie śpiewacie.- Powiedziała Anais. Czasem przyjemnie się z nią pracowało ale bywały dni kiedy była nie do wytrzymania. Przygotowaliśmy się i po raz wtóry wykonaliśmy nasz utwór.
- Było świetnie.- Stwierdzili wszyscy.
- Zbieramy się do domu?- Zapytał Golan.
- Na to wygląda.
- Jutro o tej samej porze?- Zapytał Kamel.
- Mnie i Gregory'ego nie będzie.- Powiedziała Ginie.
- A dlaczego nie?- Zapytał Golan.
- Oddaję krew dla matki Ginie. Wolę nie ryzykować, że coś się stanie. Posiedzę w domu.- Powiedziałem wyjaśniając sprawę.
- A ja będę ich pilnować.- Powiedziała Ginie. Golan uśmiechnął się kiwając głową. Nie wierzył. Razem z Ginie i Edwardem poszliśmy do samochodu. Pojechaliśmy do mnie.
- Edward zapomniałem przedstawić Ci zasady panujące w domu. Ma być porządek, żadnego rozwalania rzeczy po domu. Z tego co wiem lekcje kończysz o 14:20 a zaczynasz o 7:00. Będę Cię codziennie zawoził do Paryża i później odbierał.
- Lekcję odrabiam w szkole?- Zapytał.
- Tak chyba że nie będziesz czegoś umiał. Wtedy przychodzisz do mnie i ja jeśli będę w stanie Ci to wytłumaczę. Zazwyczaj o 16:00 mamy próby, w których będziesz uczestniczył. A i w niedzielę chodzimy do kościoła.
- To świetnie.- Stwierdził chłopak. Wysiedliśmy z samochodu i pokazałem Edwardowi jego pokój.
- Za pół godziny będzie kolacja.- Powiedziałem i wyszedłem. Pół godziny później w trójkę siedzieliśmy przy stole. Czas miło nam minął. Po kolacji Edward poszedł do siebie a ja i Ginie zajęliśmy się sprzątaniem.
- Jak się czujesz?- Zapytałem.
<Ginie?>
Opowiadanie na 3182 słów. Ktoś pobije?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz